Uczta bratnia przy jednym stole
Jerozolima, miasto gwarne, święte, powoli zamiera. Ludzie śpieszą się do domów. Każdy załatwia ostatnie sprawy, jakie czekają go w mieście. Gdzieś we wschodniej części miasta na pierwszym piętrze, w jednym z domów, w dużej sali, przygotowuje się jeden stół. Stół dla ludzi, którzy są związani z Chrystusem, dla tych, którzy mają spożyć Paschę, dla tych, którzy wybrali Chrystusa. Przypatrzmy się niektórym ludziom, którzy otaczają ten stół.
Na pierwszym planie siedzi Piotr. Jest to człowiek wybuchowy, porywczy, niesłychanie ambitny. Człowiek świadomy tego, że Chrystus wyróżniał go przez całą swoją publiczną działalność. Był w Kanie Galilejskiej, na Górze Tabor, przy cudzie wskrzeszenia córki Jaira. Jezus kazał mu przygotować Paschę. Obok Piotra jest Andrzej, jego brat. Zupełnie inny człowiek. Pokorny, skromny, również bardzo wyróżniany przez Chrystusa. Dalej siedzi umiłowany uczeń – Jan. Bohater spod Krzyża Chrystusowego – wszyscy odeszli, on pozostał. Judasz usiadł po Judaszowsku, ani nie za daleko, ani za blisko Chrystusa. To człowiek ambitny, ale fałszywy, zawsze chciał mieć jak najwięcej korzyści.
Chrystus rozpoczyna ucztę Eucharystyczną, ucztę miłości i jedności. Jeden chleb jest znakiem miłości i jedności. Jeden kielich. Chrystus rozgląda się w lewo i w prawo… Widzi bardzo zwyczajnych ludzi, którzy zasiedli do stołu, według własnych ambicji i upodobań. Tu nie było hierarchii, nie było propozycji. Wszyscy zajmowali miejsce przy jednym stole, tak jak chcieli.
Chrystus zanim rozpoczął tę ucztę dał im ostatnią lekcję pokazową. Lekcję miłości i pokory – umył im nogi. Przez ten gest chciał im powiedzieć, że jeśli to ma być bratnia uczta, to wtedy nie jest ważne kto jest Mistrzem, kto Panem, ale ważne jest, aby wszyscy byli dla siebie bardzo bliscy, aby byli sobie braćmi, bo inaczej nie da się przeprowadzić uczty, wtedy nie wolno spożywać jednego chleba i pić z jednego kielicha.
W ciągu wieków w naszym Kościele ten jeden stół, chleb i kielich, przechodził różnego rodzaju przeobrażenia. Był bardzo uroczystym ołtarzem, barokowym, budowano przy nim trony. Opierano je o ściany i wtedy koło tego stołu wytworzyła się jakaś bariera, która odgradzała wiernych od tego stołu miłości i jedności. Bariera ta to balaski. Za tę barierę zwykłemu śmiertelnikowi nie można było wejść do prezbiterium. Chrystus, który nie tworzył hierarchii, który pozwolił ludziom zasiadać według własnych ambicji… był odgradzany bogatymi szatami kapłańskimi. Wtedy też haftowano plecy ornatu kapłańskiego, a jeden chleb i kielich były przesłonięte. Ludzie patrzyli na haftowane plecy, a kapłan wytwarzał jakieś misterium koło jednego chleba i kielicha, który miał być znakiem miłości i jedności chrześcijańskiej.
Język, który miał ludzi pouczać, budzić w ludziach wiarę, stał się często językiem obcym dla ludzi. I tak uczta miłości i jedności chrześcijańskiej stała się właściwie jakąś adoracją, uwielbieniem Chrystusa, który zjawił się na ołtarzu. Wtedy dopiero zauważono jak wielu ludzi odchodzi od ołtarza. Ludzi ci nie wytrzymali z powodu braku wewnętrznego kontaktu z ołtarzem.
Obecnie nakazem Soboru Watykańskiego II stawiamy w kościele jeden prosty stół. Nie należy otaczać go żadną barierą. Stół, który każdy może dotknąć, na którym leży chleb, który każdy może zobaczyć.
Gdy we Francji kościoły zaczęły świecić pustkami, to pojawili się w niej księża robotnicy, którzy chcąc odsłonić Chrystusa rozmawiali z ludźmi przy jednym stole, na którym potem położono obrus i pojawiał się chleb i kielich. Przed ołtarzem stawał bardzo zwyczajny człowiek, często bez ornatu, ale zawsze przecież kapłan Chrystusowy. W ten sposób zawiązywały się nowe wspólnoty chrześcijańskiej miłości i jedności.
Nie dziwi nas, że papież dwa lata temu, w wigilię Bożego Narodzenia, w dzień powszechnej miłości, wyjechał z bogatego Watykanu i pojechał do wielkiej huty w Tarencie. W olbrzymiej hali tej huty Papież kazał zbić olbrzymi ołtarz ze zwykłych stalowych rur. Kazał położyć na tym ołtarzu zwyczajną płytę i wśród tych robotników, ubranych w kombinezony, hełmy ochronne rozpoczęła się bratnia uczta miłości i jedności. Do ołtarza podszedł hutnik, którzy trzymał w ręku dopiero co ulany kawał stali. Podszedł rolnik, który podał chleb, wino i wodę. A dwunastu ludzi otoczyło ten bardzo zwyczajny stół i stworzyło wspaniałą ucztę miłości. Tysiące innych ludzi stało przed hutą, trzymało transparenty ze swoimi hasłami: „My chcemy pracy i sprawiedliwości”, chcąc w ten sposób się jednoczyć ze stołem, na którym dokonywała się bezkrwawa ofiara.
I my dziś tworzymy jedną ucztę. Popatrzmy w lewo i prawo na naszych braci. Zauważmy ich, ich starość, burzliwą młodość, miłość i zazdrość. Jeden stół ma być naszym zjednoczeniem w tym samym duchu i w tej samej prawdzie.
Pomódlmy się wspólnie: Panie Jezu, proszę Cię, byś mi pomógł kochać. Zaprosiłeś mnie na ucztę eucharystyczną, przygotowaną przez Twoich Apostołów. Panie Jezus, stoję na swoim miejscu, a może Ty zapraszasz mnie bliżej? Dobrze, Panie. Naucz mnie miłości, która nazywa się punktualnością. Naucz mnie punktualności, która nazywa się solidarnością. Nie chcę być przy ołtarzu Judaszem, którzy przy Twoim stole obmyśla własne plany, chce jak najprędzej stąd uciec. Naucz mnie w czasie tej Mszy św. miłości, która nazywa się liturgią, przez wspólne śpiewy, recytacje, postawy, chcę być znakiem tej jednej uczty. Wreszcie, Panie, naucz mnie miłości, która nazywa się Komunią. Proszę Cię Panie za tę kobietę, której imienia nie znam, ale widzę, że jest smutna, zmęczona. Pomóż jej Panie. Dziękuję Ci za ten wieczernik, za ten nasz kościół, że czuję się w nim dobrze, że mam tu swoje miejsce…