"Porwali tedy kamienie, aby Go ukamienować"

„Porwali tedy kamienie, aby Go ukamienować”

W Kościele pozostał tego znak. Przesłaniamy obrazy i figury, na których widoczny jest Chrystus. Dlaczego piękną figurę zasłaniamy? Przecież jest po to obraz malowany, a figura rzeźbiona, aby przemawiały, a nie były przesłonięte?
Wnioski do przemyślenia:
Nazywamy się katolikami. Zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa (chrzest). Mamy nosić w sobie obraz Chrystusa, mamy być obrazem Boga żywego. Mamy tak żyć, myśleć, postępować, żeby Chrystus wyraził się przez nasze życie.
„Aby działał we mnie Chrystus” (św. Paweł).
Pytanie: o ile czytelny jest we mnie Chrystus? Czy nie przesłoniłem Chrystusa nie na dwa tygodnie, ale na całe życie. W miejscu pracy, po co mają wiedzieć, że jestem katolikiem, że jest we mnie Chrystus? Co to kogo obchodzi, że ja chodzę do kościoła, to jest sprawa zupełnie prywatne.
Weźmy pod uwagę sakrament pokuty. Jak się przygotowujesz? Czy myślisz, że idziesz rzeźbić w sobie Chrystusa odbrązowić, odsłonić. Jak odsłonić w sakramencie pokuty osobę Chrystusa z posegregowanych grzeszków. Nie chodzi o to bym nie palił, nie pił alkoholu, ale by przez moje życie przemówił Chrystus w pracy, w domu… Odsłonić Chrystusa na co dzień.
Posypanie popiołem. Czy to nie przeżytek? U wielu zachodzi obawa czy się nie ośmieszę. Każda epoka ma swój styl powrotu do Boga. Jak styl powrotu do Boga ma dzisiejszy człowiek? Co nie jest w stylu współczesnej epoki?
Niedaleko Lwowa jest miejscowość, która nazywa się Landzkie Małe. Posiada ona dworek z czasów Jana Kazimierza w stylu klasycystycznym o kolorowych podłogach, starych wyblakłych dywanach, o charakterystycznej wieżyczce. Powstaje pytanie? Kiedy ostatni potomek w tym dworze umarł? Dowiadujemy się, że za czasów Jana Kazimierza, nazywał się Strzembosz, był wdowcem, miał jednego syna, bardzo go kochał. Miał psy i konie, które również uwielbiał. Pewnego razu wybrali się z synem na polowanie. Umyślnie czy przypadkowo syn zastrzelił ulubionego psa ojca. Ojciec niewiele myśląc – wymierzył bronią w syna – strzelił i zabił go.
Ojciec po czasie zrozumiał co zrobił. Wtedy rozpoczyna się ciekawy okres pokuty w życiu tego człowieka, w tylu tamtych czasów. Co mógł zrobić stary Strzembosz? Zafundować wieczyste Msze św. w jakimś klasztorze i prosić o modlitwę… o swoje zbawienie. Mógł wybudować kaplicę, kościół z pieniędzy, które posiadał. Mógł położyć się plackiem przed kościołem i publicznie kazać się wysmagać biczem swojemu pachołkowi na znak wielkiej pokuty. Mógł pójść do klasztoru i tam zamknąć się w jakiejś wieży… Co jednak ostatecznie uczynił?
Pozostał w swojej sypialni przez sześć dni i nie wychodził z pokoju. Rozmyślał o swoim grzechu. Służba zaczęła go opuszczać, przypuszczając, że staremu pomieszały się zmysły. Po sześciu dniach wyszedł z zamknięcia z wyblakłą twarzą, powystrzelał wszystkie psy, dosiadł konia i pojechał gdzieś do miasta. Za kilka dni wrócił, ale nie sam. Przywiózł jakiegoś majstra i z tym majstrem zaczął budować kapliczkę. Majster siedział sobie w cieniu drzewa i wskazywał staremu Strzemboszowi jak należy łupać kamienie i je układać.
Po kilku miesiącach stary Strzembosz pojął fach, a majster odjechał. Pracował dalej. Legenda głosi, że przez 20 lat z nikim nie rozmawiał i budował tę swoją kapliczkę. Kiedy była ona już prawie gotowa i trzeba było wnieść ostatni kamień, stary Strzembosz się poślizgnął i tak pozostał w śniegu… W testamencie prosił, aby pochowano go pod progiem tej kaplicy bez żadnych okazałości, w worze pokutnym.
Oto pokuta w stylu Jana Kazimierza, która nam się nawet podoba, gdyż stary Strzembosz zrobił coś właściwego. Usunął się od ludzi, wyłączył się niejako ze wspólnoty ludzkiej, stał się samotnikiem. W tym czasie ścierało się w nim to, co było najgorsze: pycha i zarozumiałość magnata. Ale zmienił się. Zmienił się w stylu epoki.
A jak jest w naszej epoce? Jesienią w październiku ubiegłego roku odbył się festiwal teatrów studenckich we Wrocławiu. Pierwsze miejsce zajęła sztuka studentów amerykańskich z Bretford pt. „Wołanie ludzi do … czego?”. Akcja tej sztuki przebiega następująco. Na scenę wnosi się duży stół: zwyczajny, nieheblowany. Do stołu podchodzą jakieś stylizowane postacie. W środku widoczna jest postać papieża Pawła VI, gen. de Gaulle’a, oraz postać jednego z senatorów amerykańskich. Jest tam również generał wietnamski z połamanym krzyżem chrześcijańskim na piersiach, który jest zniszczony przez wojnę. Są więc głowy poszczególnych państw. Ustawiają się przy jednym stole i w jakimś śmiesznym i dzikim pomruku modlitwy, czytania psalmów, Biblii, pojawia się duży bochen chleba. Wszyscy zaczynają się nim łamać, wędruje z rąk do rąk ludzi przy stole. Ten chleb nie pozostaje na stole, dostaje się w ręce widowni, ludziom siedzącym w rzędach. Wszyscy wyciągają ręce po ten chleb i wołają: „dajcie nam jeszcze tego chleba”. Widzimy tu symbol religijności współczesnego człowieka.
Dzisiaj człowiek nie chce już uciekać w góry, zamykać się w samotności, ale chciałby wyjść naprzeciw tym, których obraził i skrzywdził. Chciałby podać im ręce i powiedzieć „nie gniewaj się, przebacz, chciałbym z tobą jeść twój chleb”.
Dziś chciałoby się zlikwidować granice, które dzielą ludzi, granice ideowe. Zauważa się pęd świata do internacjonalizmu, upowszechnienia wartości kulturalnych, religijnych, moralnych, wszystko po to, aby świat jakoś się zjednoczył…
Jeden stół chciałoby się postawić na arenie całego świata, żeby przy tym jednym stole usiedli przedstawiciele wszystkich państw. I żeby od tego jednego stołu płynęło przebaczenie, pojednanie, miłość, braterstwo.
O to chodzi w czasie rekolekcji. Jeśli są granice, które dzielą ludzi, trzeba je zlikwidować. Wszystko po to, aby potem móc podejść z tymi złączonymi rękoma do jednego stołu już nie teatralnego, by jeść chleb sztuki, ale do stołu eucharystycznego, po chleb, który jest ciałem Jezusa Chrystusa. I na tym polega styl powrotu do Boga w XX w.: podejść do braci, wziąć się niejako w nimi za ręce, podejść do jednego stołu i spożywać z nimi jeden chleb, Boży chleb.
W czasie rekolekcji będziemy starali się ukazywać drogi, które prowadzą do tego jednego stołu: przez brata, przez siostrę, przez czytanie Pisma Św. Błogosławione są wszystkie drogi – powiedział Sztaudynger, nasz poeta – „byle prowadziły do Ciebie, Boże”.