Ks. Stanisław Opala - Wspomnienie o ks. kan. Antonim Supady

Łódź 11.X.2007 r.

Słowo o księdzu kanoniku Antonim Supady

Różnymi drogami Pan Bóg prowadzi człowieka przez życie. Różne są powołania, a jedną z nich jest kapłaństwo, ogólnie mówiąc stan duchowny. Chcę napisać kilka ciepłych słów o księdzu świętej pamięci Antonim Supady, z którym byłem związany pochodzeniem. Ochrzczeni byliśmy w tej samej parafii Opieki św. Józefa i św. Marii Magdaleny w Milejowie koło Piotrkowa Tryb. Mimo różnicy wieku – około 10 lat – wiele nas ze sobą łączyło, a przede wszystkim Chrystusowe kapłaństwo, dla którego ofiarowaliśmy swoje życie, a także zamieszkanie w tej samej wiosce Milejowiec, z tym, że ja mieszkałem na końcu wsi, a ksiądz Antoni na jej początku. Idąc do szkoły i na Mszę św. w niedzielę przechodziłem koło Jego domu. Często rozważałem myśl swojego powołania do kapłaństwa, gdy mój rodak był już w Seminarium Duchownym. Jego pobyty wakacyjne i świąteczne zawsze mnie podnosiły na duchu i umacniały religijnie, gdy jako kleryk pomagał księżom parafialnym w praktykach duszpasterskich. Jego przykładność angażowała młodzież parafialną, a także i mnie, o czym często słyszałem w rozmowach młodych ludzi. Jego praca duszpasterska i zaangażowanie w nią całym sercem na pierwszej placówce w Karsznicach odbijały się szerokim echem w rodzinnej parafii. Słyszałem wtedy o księdzu Antonim wiele dobrych słów jako o gorliwym kapłanie i nie ukrywam, że wtedy umacniało się moje powołanie, bo od wczesnych lat myślałem o kapłaństwie. Gdy sam znajdowałem się w Seminarium Duchownym pamiętam dobrze ten szczegół, jak on jako ksiądz parafialny był rozmodlony w naszej kaplicy seminaryjnej.
Jako kleryk odwiedzałem księdza Antoniego w parafii w Rzgowie, gdzie zauważyłem jak radośnie współpracował z siostrami felicjankami dla dobra duchowego tej parafii. Pracował też jako wikariusz w parafii św. Jakuba w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie miałem wiele znajomych z powodu uczęszczania tam do Liceum Ogólnokształcącego. Słyszałem o jego pracy w tej parafii same najlepsze słowa, uznanie za Jego gorliwość w służbie Bożej. Brał przykład z Chrystusowego Kapłaństwa i nim dzielił się z innymi rozradowując siebie i innych. Kochał Boga, kochał ludzi, bo służba Bogu to również służba ludziom. Wszyscy jesteśmy na służbie u Boga. Dlatego nie tylko swoje sprawy trzeba dostrzegać, ale przede wszystkim drugich. „Jedni drugich brzemiona noście” – to jest nasze zadanie na dzień powszedni. Jako kapłani Boga mamy być zaangażowani w Jego zbawczy plan zbawienia, który będziemy dokonywać z Jego łaską i dla Jego miłości. Kapłaństwo to piękna służba, którą można tylko zrealizować w zaangażowaniu duchowym, bo przecież człowiek jest duchowy i o tym ma zawsze pamiętać. Tylko jako duchowy jest skłonny do oddziaływania na moralność ogólnospołeczną.
Ksiądz Antoni miał żywą troskę, by Jego słowo wygłaszane do wiernych przeniknięte było dobrą wiedzą i dobrym przeżyciem własnym, co powodowało, że Jego wypowiedzi były owocne i wskazywały drogę na dobrą przyszłość dla słuchaczy. Niekiedy i ja sam byłem słuchaczem jego kazań, dlatego piszę o tym też z autopsji. Od bratanka księdza Antoniego, brata sercanina Janusza Supadego wiem, że solidność w przygotowaniu do kazań przejawiała się w tym też, że każde kazanie opracowywał pisemnie. Dlatego teraz jest możliwość wydrukowania wszystkich Jego kazań. Najbardziej zapadło mi do serca kazanie, w którym porównywał życie dwóch ludzi, franciszkanina, świętego Maksymiliana Kolbego z życiem oprawcy niemieckiego z czasów Hitlera, Rudolfa Hossa, komendanta obozu zagłady w Oświęcimiu.
Odwiedziłem też księdza Antoniego na samodzielnej parafii w Kurowicach. Zaszczycony był tą parafią i z przejęciem opowiadał o swoich planach duszpasterskich, jakie miał tam jeszcze dokonać. Ostatnią parafią w Jego działalności duszpasterskiej i życiu w diecezji łódzkiej była wspólnota religijno-duchowa w Dłutowie. Tam pracował bardzo ofiarnie, co przejawiało się w Jego osiągnięciach duchowych i materialnych. Kiedyś odwiedzam go w parafii, a on zapracowany był wraz z pracownikami, fachowcami przy sprawach związanych z ogrzewaniem świątyni. Troszczył się, aby parafianie mieli nie tylko ciepło na duszy, ale także i na ciele. Życzył sobie, co zostało spełnione, aby doczesne swoje szczątki złożyć na cmentarzu w rodzinnej parafii w Milejowie. Będąc na cmentarzu przy grobie swoich rodziców, zachodzę do Jego grobu, aby odmówić Zdrowaś Maryjo o spokój Jego duszy.
Zakończyć pragnę tym, że chciał zrezygnować z urzędu proboszcza, aby bardziej poświęcić się życiu duchowemu w zakonie jako kapelan braci zakonnych w Puszczykowie. Widział więc siebie bardziej w formowaniu duchowych spraw, w kształtowaniu serca i sumienia, co świadczy o Jego prawidłowym dojrzewaniu.

Ks. Stanisław Opala, Łódź

Życiorys księdza Stanisława Opali

Życie jest nieocenioną wartością od Boga, którą otrzymałem z rąk Stwórcy w czasie okupacji niemieckiej 22 lutego w Piotrkowie Trybunalskim przez Stanisławę z Dudków – mamę i Józefa Opalę – tatę. Sakrament chrztu przyjąłem w parafii Milejów, a mieszkałem we wsi Milejowiec. Na Mszę św. uczęszczałem regularnie, chociaż do kościoła i do szkoły też w Milejowie miałem ponad trzy kilometry. W tych latach, kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej, w tym środowisku, nie posługiwano się żadnymi środkami mechanicznymi. Przez cały tydzień przemierzałem trasę przez całą wieś do szkoły. W niedzielę tę samą trasę przemierzałem do kościoła na Mszę św. – przede wszystkim za sprawą głębokiej wiary mojej mamy. W coniedzielnym uczestniczeniu we Mszy św. dawała mnie i bratu najlepszy przykład. Działała także zachętą. W latach szkoły podstawowej proboszczem był ksiądz Jan Polak, a po nim ksiądz Jan Choiński, który wydawał mi opinię do Seminarium Duchownego w Łodzi. Do Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego uczęszczałem w Piotrkowie Trybunalskim. W tych latach katechezę mieliśmy w szkole, którą prowadził wikariusz parafii św. Jakuba.
W 1962 r. wymagane dokumenty zawiozłem do Seminarium Duchownego w Łodzi, które odebrał ode mnie Ksiądz Rektor Antoni Woroniecki. Sześcioletni pobyt w Seminarium przechodziłem trudniej w początkach, a potem praca wewnętrzna, jak i intelektualna nie sprawiały mi większych problemów. Lubiłem przebywać w Seminarium, także nawet nie bardzo ciągnęło mnie do domu rodzinnego. W pierwszych latach Seminarium miałem też problemy ze zdrowiem, które nie odstępowały mnie także w pierwszych latach kapłaństwa. Święceń kapłańskich udzielił nam w świątyni sióstr karmelitanek bosych klauzurowych Jego Ekscelencja Ksiądz Biskup Jan Kulik 16 czerwca 1968 roku. Oprócz mnie u sióstr karmelitanek święcenia kapłańskie przyjęli: Jerzy Jankowski, Waldemar Kulbat, Stanisław Matuszewski, Ryszard Olszewski, Henryk Leśniewski, a Kazimierz Pacholik otrzymał święcenia kapłańskie w parafii Widawa. Dzień ten był najpiękniejszym dniem mojego życia i stan kapłański bardzo sobie ceniłem, a zwłaszcza w wieku dojrzałym. Msza św. prymicyjna w swojej rodzinnej parafii była wielkim przeżyciem duchowym dla mnie, jak i potem wikariat w Restarzewie Cmentarnym przy księdzu proboszczu Leopoldzie Beniuszko.
Pierwsza parafia to pierwsza miłość, którą się długo i dobrze pamięta. Miałem tam problem z władzami kuratoryjnymi z Łasku. Kurator z nieodłącznym kolegą przybyli na punkt katechetyczny w Chociwiu, aby zwizytować katechezę. Na agresywne zachowanie się panów odpowiedziałem, że od wizytowania katechezy jest ksiądz biskup lub jego delegat. I w takiej atmosferze rozstaliśmy się. Wtedy w parafii było dziewięć punktów katechetycznych, z których ja obsługiwałem osiem, a ks. proboszcz jeden punkt na miejscu. Był to niełatwy rok, bo wydarzenia polityczne tego okresu mocno niepokoiły społeczeństwo.
Po roku pracy zostałem przeniesiony do parafii św. Jakuba w Głownie. Proboszczem był tam ksiądz Franciszek Szczepański, a wikariuszem ksiądz Wacław Macieja. W tej parafii pracowałem cztery lata. Głowno to dobrzy, religijni parafianie. Przez ten czas zżyłem się z parafianami. Katechizowałem w punkcie w Głownie – Zabrzeźnia i w punkcie na Woli Zbrożkowej. Pewnego razu ksiądz proboszcz będąc w niedyspozycji zdrowotnej wysłał mnie do Łowicza do Urzędu Powiatowego w sprawie listu księży biskupów na temat rodziny. List – jak mówił przewodniczący Rady Powiatowej – wykracza w swej treści poza sprawy obyczajów. Pan ten wymagał, abym listu nie czytał. Odpowiedziałem, że księża biskupi to moja władza i list czytał będę.
Następna parafia to był św. Jacek w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie się urodziłem i gdzie uczęszczałem do szkoły ogólnokształcącej. Proboszczem tej wspólnoty parafialnej był ksiądz Aleksander Łęgocki. W tym prawie rodzinnym mieście przepracowałem trzy lata. W międzyczasie ksiądz Łęgocki przeszedł do parafii w Bełchatowie, a ja jeszcze zostałem, aby następnie przenieść się do parafii św. Antoniego w Tomaszowie Mazowieckim na dwa lata. Potem jeszcze byłem w parafii św. Floriana w Pabianicach, w Brzezinach i tak przeszedłem do parafii w Konstantynowie, gdzie zatrzymałem się cztery lata. Proboszczem był ksiądz Stanisław Czernik. W tej parafii moje kapłaństwo przeszło gruntowną metamorfozę. Odrzuciłem od siebie sprawy materialne, cielesne, a zająłem się tym w sobie, co duchowe i tak zacząłem się przestawiać. Zacząłem motywować życie przez sprawy duchowe. Te działania w sobie pogłębiałem jeszcze bardziej w Ozorkowie i z Zelowie. Sprawy przeżyć duchowych realizowałem także w odniesieniu do parafian.
W parafii w Zelowie, za zgodą księdza proboszcza Henryka Tomaszewskiego, rozpocząłem studia na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, w punkcie konsultacyjnym w Łodzi, z nauki społecznej Kościoła, które zakończyłem tytułem magistra.
Samodzielną pracę duszpasterską objąłem w parafii ścięcia św. Jana Chrzciciela w Budzynku. Pracowałem tam w najmniejszej parafii diecezji łódzkiej. Nigdy nie istniał tam problem materialny, a sprawy duchowe stanowiły priorytet działań. Wspólnota przeradzała się coraz bardziej w rodzinę. Takie było podejście do duszpasterstwa z mojej strony. Były pewne problemy w parafii, a mówią, że w najlepszej rodzinie też coś może się zdarzyć. Duch motywował całokształt spraw parafialnych, tak że ksiądz Koziorowski, gdy po mnie obejmował parafię dziwił się, że tak wiele można było zrobić w tak krótkim czasie i w parafii liczącej 350 dusz.
Z Budzynka przeprowadziłem się najpierw na cmentarz św. Rocha w Łodzi, a potem na cmentarz Najświętszej Maryi Panny Nieustającej Pomocy przy ul. Szczecińskiej 96/100. W tym ostatnim miejscu przybywam już 17 lat pracując usilnie nad swoim stanem duchowym, aby przeżyć tę prawdę, że człowiek jest duchem, a zatem duchem ma motywować całokształt swoich i społecznych spraw. Msze święte i kazania sprawuję w kaplicy cmentarnej na miejscowym cmentarzu. Ponadto pomagam na życzenie księdza proboszcza w miejscowej parafii w praktykach duszpasterskich.

Łódź, 10.10.2007 r.