Ks. Antoni Just - Dla chwały Bożej i pożytku dusz ludzkich - Wspomnienie o śp. ks. Antonim Supady

Niedziela (Dodatek Łódzki) z 1996 r. (brak numeru i strony)

Dla chwały Bożej i pożytku dusz ludzkich
Wspomnienie o śp. ks. Antonim Supady


Wśród starych chińskich sentencji, zawierających mądrości i doświadczenia tego wielkiego narodu, znajduje się i ta mówiąca o narodzinach i śmierci. A brzmi ona tak: gdy przychodziłeś na świat, wszyscy wokół ciebie zebrani cieszyli się i uśmiechali do ciebie – tylko ty jeden płakałeś; żyj tak, byś schodząc z tego świata, mógł pogodnie się uśmiechać – a wszyscy twoi bliscy i znajomi, którzy cię żegnają płakali, smutni z tej przyczyny, że odchodzisz.
29 listopada 1996 r. odszedł od nas Ksiądz Antoś, bo tak się o nim zazwyczaj mówiło. W tym zdrobnieniu imienia kryła się ta nuta miłości, którą wszyscy znający go żywili względem niego. Ale miłość do drugiego człowieka nie rodzi się w jakiejś pustce i próżni. Na miłość trzeba zazwyczaj zapracować. Jeśli chcesz być kochany – kochaj!
Na tę powszechną miłość ks. Antoni Supady rzetelnie zapracował. Jego dobroć serca, życzliwość wobec otoczenia, miłość do drugiego człowieka – i to nie ta koniunkturalna, wykalkulowana, ale taka zawsze szczera, serdeczna, płynąca z jego dobrego serca miłującego Boga i bliźnich – zyskiwały mu powszechny szacunek, przyjaźń czy wręcz miłość zarówno w kręgach kapłańskich, jak i wśród świeckich, których serca podbijał i pozyskiwał przez swoją postawę pełną szacunku i dobroci względem bliźnich, a która tak hojnie emanowała z całej jego postaci i stylu bycia. Ta dobroć serca malowała się zarówno na jego twarzy, zawsze dobrotliwie uśmiechniętej, jak i w spojrzeniu. W jego oczach nie czaiła się chytrość, podstęp i zdrada, ale szczerość, aprobata i ogromna życzliwość dla będącego z nim w kontakcie interlokutora.
Takim był Ksiądz Antoś – nasz rodzimy Natanael, o którym też można byłoby powiedzieć bez wielkiej przesady: “Oto prawdziwy… człowiek, w którym nie masz zdrady” (J 1, 47).
Trzy lata przed śmiercią (16 października 1993 r.) napisał swój testament. W testamencie tym, zredagowanym w sposób nieszablonowy, dominują dwa wątki: podziękowania i prośby o przebaczenie.
Dziękuję najpierw Bogu za wielki dar kapłaństwa, poprzez który mogłem służyć Bogu i ludowi”.
Dziękuję rodzicom “którym tak wiele zawdzięczam – ich przykład życia kształtował wiarę mego dzieciństwa”.
Dziękuję swemu licznemu rodzeństwu (dziewięcioro) “za zgodne współżycie oraz ich modlitwy”.
Dziękuje następnie swym prefektom, wychowawcom gimnazjum Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim, jak i wychowawcom Seminarium Duchownego w Łodzi.
Szczególne podziękowania pełne miłości i synowskiej czci kieruje do ks. bp. Michała Klepacza, który w dniu 10 czerwca 1956 r. udzielił mu święceń kapłańskich.
Dziękuje wreszcie wszystkim swym braciom w kapłaństwie “za miłe współżycie i współpracę”.
Tę długą listę podziękowań – niekwestionowany wyraz szlachetności śp. Księdza Antoniego, oraz wdzięczności za okazane mu kiedykolwiek i przez kogokolwiek dobro, zamykają prośby o przebaczenie.
Prosi więc najpierw swego Pana i Stwórcę o przebaczenie wszelkich win i grzechów, od których nikt z nas ludzi nie jest wolny – a następnie prosi o “wyrozumiałość wobec moich ludzkich słabości tych, wśród których pracowałem”.
A napracował się ów sługa Chrystusowy niemało. Będąc kapłanem głębokiej, a zarazem dziecięcej wiary przez 40 lat swego życia kapłańskiego nie szczędził sił, pracując gorliwie dla chwały Bożej i pożytku dusz ludzkich.
Zaraz po święceniach posłany przez Biskupa Ordynariusza pracował jako wikariusz w Witoni, Karsznicach, Rzgowie i w Piotrkowie Trybunalskim. “Z okresu mej pracy wikariackiej wspominam z wielką miłością pracę wśród dzieci i młodzieży oraz chorych (a zwłaszcza w nowo wybudowanym szpitalu w Piotrkowie Trybunalskim)”.
Od 1971 r. duszpasterzował, jako proboszcz w Brzykowie, Kurowicach i ostatnio w Dłutowie. W wymienionych parafiach pełnił funkcję ojca duchownego, a także sprawował urząd dziekana. O tej jego działalności duszpastersko-administracyjnej na pewno ktoś z bliskich jego współpracowników napisze oddzielne wspomnienie. Ja zaś to krótkie wspomnienie napisałem – ot po prostu – z potrzeby serca. Tak się złożyło, że od lat seminaryjnych bardzo się lubiliśmy. A poza tym trudno o swym “bliźniaku” nie napisać tych paru słów, skoro urodziliśmy się w tym samym dniu, miesiącu i roku, i to jako ostatni w rodzinie!
25 listopada odwiedziłem go w szpitalu. Gdy błąkałem się po korytarzu szukając sali, w której leżał, natknąłem się na lekarza, który widząc mnie w księżowskim uniformie, zapytał wprost: do Antosia? Gdy potwierdziłem, zaprowadził mnie do niego, informując po drodze o ciężkim stanie zdrowia pacjenta. Ale gdy wszedłem do sali, trudno mi było uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem. Powitał mnie z uśmiechem, ale wyznał także, że jest gotów na odejście i że w związku z tym poprosił księdza Stasia – swego wikariusza – o udzielenie mu sakramentów świętych, w tym również “ostatniego namaszczenia”. Mówił, że opuści szpital w piątek (29 listopada) i tak się stało. Ale opuścił nie tylko szpital, również ukochaną swą parafię w Dłutowie, w której pracował przez 12 lat i nas wszystkich. Requiescat in pace.
W testamencie Ksiądz Antoni pisze, że gdy zakomunikował rodzicom swój zamiar wyboru kapłańskiej drogi życia, usłyszał od nich “obyś był dobrym kapłanem”. To rodzicielskie życzenie – jak widać – spełniło się. Ks. bp Adam Lepa, kończąc liturgiczną posługę pogrzebową na cmentarzu w Milejowie, dziękował właśnie rodzinie za to, iż dała diecezji łódzkiej dobrego kapłana. W zakończeniu testamentu Ksiądz Antoni skierował do nas ostatnie swoje duszpasterskie przesłanie i pożegnanie: “Wszystkim przekazuję słowa: Miłujcie się wzajemnie; kochajcie Matkę Najświętszą… Kocham was – dzieci Boże. Wszystkim mówię do widzenia i do zobaczenia w Domu Ojca”.
Na tablicy nagrobnej widniały, ku zaskoczeniu wielu dwa imiona: Franciszek i Antoni. O tym pierwszym chyba tylko chrzestni i najbliższa rodzina wiedziała. Ale co dwóch patronów to nie jeden – a poza tym ostatecznie z tej samej wspólnoty braci mniejszych, do których towarzystwa jakoś pasuje i nasz zacny – jak to o Antosiu często mówiliśmy – “Brat Łata”.

Ks. Antoni Just