Br. Janusz Supady - Wspomnienie o ś.p. Księdzu Antonim Supadym

WSPOMNIENIE O Ś.P. KSIĘDZU ANTONIM SUPADYM

Życiorys

Ks. Kanonik Antoni Supady urodził się 10 lutego 1932 r. w Milejowie, w jednej z najstarszych parafii Archidiecezji Łódzkiej. Po ukończeniu Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi, przyjął święcenia kapłańskie 10 czerwca 1956 r., z rąk biskupa Michała Klepacza. Na pierwszą placówkę duszpasterską został skierowany do parafii św. Katarzyny w Witoni (dziś diecezja łowicka), a z dniem 1 września 1959 r. rozpoczął czteroletnią posługę wikariuszowską w parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Zduńskiej Woli - Karsznicach. Najdłużej - jako wikariusz - pracował w parafii św. Stanisława Biskupa w Rzgowie (1963-1968), skąd przeniesiony został 1 września 1968 r. do parafii św. Jakuba w Piotrkowie Trybunalskim. Dnia 21 października 1971 r. rozpoczął się nowy rozdział jego życia, został bowiem mianowany administratorem parafii św. Jana Chrzciciela w Brzykowie. Pracując tam, do 10 czerwca 1978 r., pełnił równocześnie funkcję dziekana dekanatu widawskiego (od 20 listopada 1975 r.). W czerwcu 1978 r. został mianowany - najpierw wikariuszem-ekonomem, a kilka tygodni później - administratorem parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Kurowicach. W czasie pracy w Kurowicach był także od 3 kwietnia 1981 r. diecezjalnym referentem ds. duszpasterstwa kobiet oraz dziekanem dekanatu kurowickiego (od 20 grudnia 1980 r.). Dnia 16 marca 1984 r. został przeniesiony na nową placówkę do parafii Trzech Króli i Najświętszego Serca Jezusowego w Dłutowie. Pracował tam ponad 12 lat, spełniając od 10 grudnia 1990 r. funkcję dziekana nowego dekanatu dłutowskiego. W grudniu 1990 r. odznaczony został rokietą i mantoletem. W ostatnim roku swojej pracy w Dłutowie, uczestniczył 25 maja 1996 r. w uroczystym otwarciu III Synodu Archidiecezji Łódzkiej.
Ks. Antoni zmarł po krótkiej chorobie 29 listopada 1996 r. w Łodzi. Msze święte pogrzebowe odprawione przy trumnie zmarłego: 3 grudnia w Dłutowie i 4 grudnia 1996 r. w rodzinnym Milejowie, zgromadziły ponad 150 kapłanów oraz liczną rzeszę wiernych.


WSPOMNIENIE

Z ochoczym sercem rozpoczynam dawanie świadectwa o moim zmarłym stryju - ks. kanoniku Antonim Supady. Jestem Mu bardzo wdzięczny i dziękuję Bogu za to, że mogłem mieć tu, na ziemi, takiego krewnego - kapłana z prawdziwego powołania. Po rodzicach, którzy mnie wychowali i mamie, która mnie urodziła, stryj był mi najbliższy, także i z tej racji, że mnie ochrzcił w roku 1955. Za tę łaskę chrztu byłem mu wdzięczny za życia; po śmierci zaś - modlę się za niego.
Stryj często przyjeżdżał do rodziców, do swojego domu, na Milejowiec, gdzie później odwiedzał swojego obłożnie chorego ojca Józefa. Obserwowałem go więc od dziecka. Jego kapłaństwo ciągle się rozwijało. Przykład rodziców kształtował jego kapłaństwo. A choroba ojca była dla niego piętnastoletnimi rekolekcjami. Niewidomy ojciec ks. Antoniego, obłożnie chory na reumatyzm, często modlił się za syna na różańcu, a także śpiewał “Godzinki”. Ja jako dziecko czy młodzieniec, to wszystko obserwowałem. Przykład mojego dziadka i stryja na pewno zaważył, że po wkroczeniu w dorosłość wstąpiłem do zakonu. Zresztą o Zgromadzeniu Braci Serca Jezusowego dowiedziałem się 5 marca 1975 r., w dzień śmierci mojego dziadka. Stało się to w kościele Świętego Krzyża w Łodzi. O swoim postanowieniu poinformowałem mojego stryja, ks. Antoniego, w czasie, gdy był proboszczem w Brzykowie. Pojechałem wtedy do niego. Stryj przyjął mnie spokojnie, ale i radośnie. Zapytał: czy nie chciałbym może wstąpić do Seminarium Duchownego w Łodzi? Gdy powiedziałem, że pragnę być zakonnikiem, uszanował to i już nie namawiał mnie do kapłaństwa.
Wuja często odwiedzałem na parafiach, gdzie przebywał. Zawsze był bardzo gościnny i bardzo się cieszył z tych odwiedzin. Chociaż często miał dużo zajęć, to nigdy nie zaniedbywał swoich gości. Stryj - to piękny przykład radosnego kapłaństwa.
Ks. Antoni napisał w swoim testamencie, iż jest jego życzeniem, abym wytrwał do końca w życiu zakonnym. Jest to piękny przykład jego troski o powołanie w rodzinie, ale i nie tylko.
Zawsze starał się być odpowiedzialny, sumienny i uczciwy. Był przykładem kapłana od serca dla ludu, bez reszty oddanym swojemu powołaniu. Bogu dziękuję, że rodzina Supadych wydała tak piękną postać.
Gdy zbliżały się moje pierwsze śluby zakonne, to odwiedził mnie swoim trabantem w Puszczykowie koło Poznania. Bardzo ucieszyłem się z tego spotkania i do dzisiaj to wspominam. Po kilku latach przyjął ode mnie śluby wieczyste, na których odprawił uroczystą Mszę św. w Puszczykowie i Milejowcu - mojej rodzinnej parafii. Za to również jestem Mu ogromnie wdzięczny. Niestety, Stryj nie doczekał mojego 25-lecia życia zakonnego, ale wierzę, że w tym dniu modlił się szczególnie za mnie w niebie, abym wytrwał w powołaniu do końca.
Ks. Antoni swoje obowiązki kapłańskie traktował bardzo poważnie, do tego stopnia, że aż budziło to zdziwienie u parafian. Zawsze był solidnie przygotowany do niedzielnych kazań, które pisał już od poniedziałku rano. “Kazanie jest jak wiersz - mówił - z tematem trzeba się wybrać na spacer, nabrać do niego dystansu, poczekać na natchnienie”. Na pół godziny przed każdą Mszą św. siadał do konfesjonału. Działo się tak w niedzielę i w dni powszechnie, nawet, gdy na Mszy św. było tylko kilka osób. Nie chciał żyć wystawniej niż jego parafianie, a pracował w biednych parafiach.
Stryj kochał księży, kleryków, braci zakonnych i siostry zakonne. W ogóle miał ogromny szacunek do zakonów.
Śp. Antoni wybudował kaplicę Miłosierdzia Bożego w Woli Rakowej, która później stała się kościołem parafialnym.
Nigdy nie przeszedł obojętnie obok potrzebującego pomocy duchowej czy materialnej. Potrafił zapłakać z płaczącymi, co nierzadko doprowadzało do nawrócenia. Za jego słowem szły czyny miłosierdzia, ile i komu pomagał, tylko sam Bóg to wie.
Często widziałem go na cmentarzu z różańcem w ręku, bo mówił, że tu najlepiej się czuje. Z różańcem nie rozstawał się nigdy, miał też ogromnie nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, którego był czcicielem. Kochał również Matkę Bożą. Gdy jechaliśmy samochodem, po krótkiej rozmowie zawsze prosił mnie, abym poprowadził różaniec.
Z notatek, które pozostawił po sobie śp. Antoni Supady, można stwierdzić, że był kapłanem, który przygotowywał kazania bardzo solidnie.
W jego testamentach: duchowym i materialnym, przewija się nuta pokory i prostoty, i takim w rzeczywistości był ks. Antoni. Miał przydomek: “Brat Łata”.
Bardzo gorliwy był w konfesjonale, jak mówili księża z jego diecezji - pierwszy przyjeżdżał do spowiedzi do parafii w dekanacie i ostatni wychodził z kościoła.
Plebania ks. Antoniego była zawsze otwarta dla ludzi, a choć żył bardzo skromnie, to dzielił się wszystkim, co miał, i jak nikt, potrafił dostrzec ludzką biedę, zainteresować się dziećmi z rodzin patologicznych. A dzieci wyczuwały jego dobroć i lgnęły do niego gromadnie.
Wuj Antoni był człowiekiem niespotykanie wrażliwym, co przypłacał często bezsennymi nocami. Wystarczyło, że jedna rodzina w parafii miała do niego jakieś zastrzeżenia - a tacy ludzie zawsze się znajdą - a już gryzł się z myślami i bardzo się martwił, czy aby jest dobrym proboszczem.
Teraz chciałbym wspomnieć o jego cierpieniach, o których raczej mało mówił. Myślę, że mi wybaczy, iż wspominam o tym po jego śmierci.
Na pewno wielkim cierpieniem był dla niego wypadek samochodowy, z którego cudem ocalał. Było to zderzenie czołowe Wołgi z Syrenką, którą prowadził. Jego pasażerowie - ks. Polek i ciocia Józia - ocaleli, ale jeden z pasażerów Wołgi - poniósł śmierć.
Cierpieniem okupił budowę kaplicy Miłosierdzia Bożego w końcowej fazie, gdy na zakończenie robót wynikły pewne kłopoty. Pamiętam jak wtedy przyjechał do mnie na placówkę do Łodzi i przez całą noc nie mógł zasnąć, tak bym tym faktem przejęty. Po bezsennej nocy udał się na rozmowę do ks. bp. Rozwadowskiego i dopiero ten go pocieszył. Przeżył też bardzo odejście z parafii Kurowice. Myślę, że wycierpiał o wiele więcej, ale to już pozostanie tajemnicą Bożą.
Podsumowując, można stwierdzić, że mój stryj - ks. Antoni był kapłanem niezwykłym, niecodziennym, niepospolitej miary. Lubiany przez rodzinę i bardzo ceniony przez duchowieństwo, pełen żywej i gorącej wiary, żelaznego charakteru, niezmordowany w pracy i pełnieniu obowiązków, ofiarny bez granic, wielkiego zaparcia i poświęcenia, prawdziwej prostoty i skromności. Słowem - był to ideał kapłana - prawdziwy Homo Dei.
Przy każdym spotkaniu z ks. Antonim, wszyscy zwracali uwagę na jego miłą pokorę, połączoną z prostotą i naturalnością. W jego postępowaniu nie było widać ani śladu pychy, czy próżności z osiągnięć, ale też i sztuczności, czy udawanej pokory. Zawsze starał się być przystępny, rozmowny, grzeczny i delikatny.

Brat Janusz Supady CFCI