Wspomnienie - Jan Grzegorz Jaszczak

Dłutów, dn. 6.08.2010 r.

Drogi bracie Januszu,
Jaka szkoda, że nie zobaczyliśmy się, kiedy byłeś u nas. Wiele byśmy sobie powspominali, poopowiadali. Tak dużo dobrego mamy w pamięci o ks. Antosiu. Przecież on ciągle jest z nami, mimo upływu tylu lat.
 
Zanim napiszę kilka zdań o naszym kochanym ks. Antosiu, to czuj bardzo serdecznie zaproszony do odwiedzenia nas, sprawi nam to dużą radość. Minęło sporo czasu, a pamięć o ks. Antosiu nie mija, u nas zwanym wujkiem Antosiem.
 
Wiem dobrze, iż ks. Antoni nie lubił rozgłosu, był skromny i cichy, nie lubił, aby o nim mówiono. To mam ciągle przed oczami: tę skromność – być sługą dla drugiego.
Pierwszy raz spotkaliśmy się na plebanii „w ostatki” za sprawą N.G. Krzysia Ochnickiego, był też dyr. PGR Paweł Choynowski i ja. Było to wieczorem, na plebanii było kilku księży, ks. Antoni jeszcze był niespakowany.
 
Pierwsze moje wrażenie jakie odniosłem, mimo najścia bez zapowiedzi, to to, iż jest to osoba otwarta, uśmiechnięta i życzliwa. Pamiętać należy, że były to czasy, gdzie w Polsce brakowało towaru w sklepach, był tylko dyżurujący ocet na półkach. Bliższa znajomość zaczęła się, gdy do I Komunii św. przystępował mój syn – Michaś. Był to Dzień Matki, jak również urodziny żony. Od tego momentu między nami zawiązała się przyjaźń. Z czasem wielka przyjaźń. Przyjaźń do tego stopnia, iż z ks. Antosiem spotykaliśmy się bardzo często, niemal co tydzień, a i w tygodniu także. Był często w leśniczówce, bardzo lubił przyrodę. Bywał nie tylko sam, ale również z różnymi księżmi, jak i ze swoimi bliskimi i rodziną. Byliśmy też u jego siostry Marysi i Ali w Gdańsku. Byliśmy razem na Białorusi w Baranowiczach (tam ciocia jego jeździła przed wojną po miód), Lachowiczach, w Grodnie i Nieświeżu. Chciał zobaczyć odradzający się Kościół na Wschodzie. Wiele rozmawialiśmy na różne tematy. Był niezwykle skromny, nieprzywiązujący wagi do majątku, do dóbr doczesnych. Wszystkim by się dzielił. Wielce oddany Panu Bogu i bliźnim. Co miał, to by się z drugim dzielił. Na plebanii gospodynią była jego ciocia. Po niej przez pewien czas przebywała siostra Ala.
 
Przypominam sobie, jak w tym czasie ks. Antoś miał skierowanie do sanatorium. Siostra Ala zaczęła przygotowania do wyjazdu. Okazało się, że ks. Antoni ma tylko stare rzeczy osobiste i z ubioru – stara sutanna połatana. Brak sweterka, odpowiedniej bielizny, rzeczy osobistych. Pamiętam, ile ona robiła zachodu, aby brata przygotować do wyjazdu. Jedna była odpowiedź: ja jeszcze mam, mnie to wystarczy. Wspólnie przekonywaliśmy, że ksiądz jedzie między ludzi i należy odpowiednio wyglądać. Jednak zakupy zrobiono. Pamiętam, jak w sweterku potem przez długi czas chodził i cieszył się, pokazywał i nie raz wspominał, ile to kosztowało, aby się tak wystroić. Piszę, gdyż to było wielkie wydarzenie.
 
Wspominali mi ks. Kulesza i ks. Jaworski, czy ks. Baran przyjeżdżali do ks. Antosia na wspólne odmawianie brewiarza, jak u Niego było serdecznie. U ks. Antosia zawsze drzwi stało otwarte. Duża ilość osób Go odwiedzała, tak duchownych, jak i świeckich. Miał przydomek „ksiądz – łata”. Wszystko musiał łatać, naprawiać, łagodzić, pośredniczyć, wstawiać się, bronić – umiał to najlepiej. W każdym widział dobroć, przyjaźń, życzliwość. Sprawy ziemskie – mało ważne. Moja rodzina, ta bliska, jak i dalsza, Bogu dziękujemy, iż dane nam było spotkać tak dobrego księdza i człowieka na naszej drodze. Na 50-lecie ślubu rodziców ks. Antoni odprawił Mszę św. w domu rodziców.

Za ks. Antosia odrodziła się orkiestra parafialna, która była w rozsypce. Kapelmistrzem, który poprowadził orkiestrę był Z. Bukowiecki – dłutowianin. Orkiestra bierze udział w uroczystościach kościelnych i nie tylko.
 
Na zakończenie wspomnę o chorobie, gdyż przypuszczam, iż oprócz mnie niewiele osób wie, jak to było. Pewnego jesiennego wieczoru 1996r. ks. Antoś dzwonił do mnie i prosi, abym Go odwiedził, gdyż źle się czuje. Zaraz pojechaliśmy z żoną. Uskarżał się na bóle brzucha. Po obserwacji, gdzieś o godz. 20.00-21.00 zaproponowałem jechać na pogotowie do Pabianic. Lekarz z pogotowia natychmiast dał skierowanie do szpitala do Tuszyna (tam był nasz oddział). Zaznaczył, aby prosto jechać do Tuszyna. W drodze po osobiste rzeczy do szpitala, pojechaliśmy do naszego przyjaciela lekarza w Wodlewie, aby upewnić się, czy wskazany jest taki pośpiech. Dr Michalewski był innego zdania i zaproponował, aby jutro udać się na prześwietlenie do wskazanego lekarza w Pabianicach. Po tych badaniach ks. Antoni dostał się do szpitala wojskowego w Łodzi.
 
Bracie Januszu, jeszcze raz serdecznie zapraszam do nas. Na pewno wiele więcej sobie opowiemy. Za książkę i obrazki serdecznie dziękujemy. Sądzę, że Antoś zrobi wszystko, abyśmy się już teraz spotkali.
Z pozdrowieniami
Jan Grzegorz Jaszczak z rodziną