Drogi bracie Januszu,
Jaka
szkoda, że nie zobaczyliśmy się, kiedy byłeś u nas. Wiele byśmy sobie
powspominali, poopowiadali. Tak dużo dobrego mamy w pamięci o ks. Antosiu.
Przecież on ciągle jest z nami, mimo upływu tylu lat.
Zanim napiszę kilka
zdań o naszym kochanym ks. Antosiu, to czuj bardzo serdecznie zaproszony do
odwiedzenia nas, sprawi nam to dużą radość. Minęło sporo czasu, a pamięć o ks.
Antosiu nie mija, u nas zwanym wujkiem Antosiem.
Wiem dobrze, iż ks. Antoni
nie lubił rozgłosu, był skromny i cichy, nie lubił, aby o nim mówiono. To mam
ciągle przed oczami: tę skromność – być sługą dla drugiego.
Pierwszy raz
spotkaliśmy się na plebanii „w ostatki” za sprawą N.G. Krzysia Ochnickiego, był
też dyr. PGR Paweł Choynowski i ja. Było to wieczorem, na plebanii było kilku
księży, ks. Antoni jeszcze był niespakowany.
Pierwsze moje wrażenie jakie
odniosłem, mimo najścia bez zapowiedzi, to to, iż jest to osoba otwarta,
uśmiechnięta i życzliwa. Pamiętać należy, że były to czasy, gdzie w Polsce
brakowało towaru w sklepach, był tylko dyżurujący ocet na półkach. Bliższa
znajomość zaczęła się, gdy do I Komunii św. przystępował mój syn – Michaś. Był
to Dzień Matki, jak również urodziny żony. Od tego momentu między nami zawiązała
się przyjaźń. Z czasem wielka przyjaźń. Przyjaźń do tego stopnia, iż z ks.
Antosiem spotykaliśmy się bardzo często, niemal co tydzień, a i w tygodniu
także. Był często w leśniczówce, bardzo lubił przyrodę. Bywał nie tylko sam, ale
również z różnymi księżmi, jak i ze swoimi bliskimi i rodziną. Byliśmy też u
jego siostry Marysi i Ali w Gdańsku. Byliśmy razem na Białorusi w Baranowiczach
(tam ciocia jego jeździła przed wojną po miód), Lachowiczach, w Grodnie i
Nieświeżu. Chciał zobaczyć odradzający się Kościół na Wschodzie. Wiele
rozmawialiśmy na różne tematy. Był niezwykle skromny, nieprzywiązujący wagi do
majątku, do dóbr doczesnych. Wszystkim by się dzielił. Wielce oddany Panu Bogu i
bliźnim. Co miał, to by się z drugim dzielił. Na plebanii gospodynią była jego
ciocia. Po niej przez pewien czas przebywała siostra Ala.
Przypominam sobie,
jak w tym czasie ks. Antoś miał skierowanie do sanatorium. Siostra Ala zaczęła
przygotowania do wyjazdu. Okazało się, że ks. Antoni ma tylko stare rzeczy
osobiste i z ubioru – stara sutanna połatana. Brak sweterka, odpowiedniej
bielizny, rzeczy osobistych. Pamiętam, ile ona robiła zachodu, aby brata
przygotować do wyjazdu. Jedna była odpowiedź: ja jeszcze mam, mnie to wystarczy.
Wspólnie przekonywaliśmy, że ksiądz jedzie między ludzi i należy odpowiednio
wyglądać. Jednak zakupy zrobiono. Pamiętam, jak w sweterku potem przez długi
czas chodził i cieszył się, pokazywał i nie raz wspominał, ile to kosztowało,
aby się tak wystroić. Piszę, gdyż to było wielkie wydarzenie.
Wspominali mi
ks. Kulesza i ks. Jaworski, czy ks. Baran przyjeżdżali do ks. Antosia na wspólne
odmawianie brewiarza, jak u Niego było serdecznie. U ks. Antosia zawsze drzwi
stało otwarte. Duża ilość osób Go odwiedzała, tak duchownych, jak i świeckich.
Miał przydomek „ksiądz – łata”. Wszystko musiał łatać, naprawiać, łagodzić,
pośredniczyć, wstawiać się, bronić – umiał to najlepiej. W każdym widział
dobroć, przyjaźń, życzliwość. Sprawy ziemskie – mało ważne. Moja rodzina, ta
bliska, jak i dalsza, Bogu dziękujemy, iż dane nam było spotkać tak dobrego
księdza i człowieka na naszej drodze. Na 50-lecie ślubu rodziców ks. Antoni
odprawił Mszę św. w domu rodziców.
Za ks. Antosia odrodziła się orkiestra
parafialna, która była w rozsypce. Kapelmistrzem, który poprowadził orkiestrę
był Z. Bukowiecki – dłutowianin. Orkiestra bierze udział w uroczystościach
kościelnych i nie tylko.
Na zakończenie wspomnę o chorobie, gdyż
przypuszczam, iż oprócz mnie niewiele osób wie, jak to było. Pewnego jesiennego
wieczoru 1996r. ks. Antoś dzwonił do mnie i prosi, abym Go odwiedził, gdyż źle
się czuje. Zaraz pojechaliśmy z żoną. Uskarżał się na bóle brzucha. Po
obserwacji, gdzieś o godz. 20.00-21.00 zaproponowałem jechać na pogotowie do
Pabianic. Lekarz z pogotowia natychmiast dał skierowanie do szpitala do Tuszyna
(tam był nasz oddział). Zaznaczył, aby prosto jechać do Tuszyna. W drodze po
osobiste rzeczy do szpitala, pojechaliśmy do naszego przyjaciela lekarza w
Wodlewie, aby upewnić się, czy wskazany jest taki pośpiech. Dr Michalewski był
innego zdania i zaproponował, aby jutro udać się na prześwietlenie do wskazanego
lekarza w Pabianicach. Po tych badaniach ks. Antoni dostał się do szpitala
wojskowego w Łodzi.
Bracie Januszu, jeszcze raz serdecznie zapraszam do nas.
Na pewno wiele więcej sobie opowiemy. Za książkę i obrazki serdecznie
dziękujemy. Sądzę, że Antoś zrobi wszystko, abyśmy się już teraz
spotkali.
Z pozdrowieniami
Jan Grzegorz Jaszczak z
rodziną